Noc wreszcie nadeszła… tak cicho i uroczyście… świeca drży przy każdym oddechu…
Dzień już za mną i wieczór.

Pomiędzy niebem a ziemią, pomiędzy dniem i nocą myśl lata jak Anioł, któremu skrzydło zabrano…
Raz wzlatuje wysoko tam gdzie gwiazdy mieszkają, by za chwilę na ulicy stanąć. Na Ulicy Szarości, gdzie czas na ławce przysiadł…
Myśl przechodzi cichutko, zagląda w smutne oczy ludzi, jak wiele tych oczu, jak mało uśmiechu , który promykiem słońca rozświetlać powinien szarość tej ulicy. Podnosi swe jedno skrzydło i wiatr powiał, wzbiła się myśl znów w niebo… Patrzy na Ulicę i uśmiech lekki na chwilkę zagościł… Znów piór białych zostało tam kilka….
kilka par oczu blasku nabrało, promyki uśmiechów przemykają nieśmiało i cała Ulica jakby mniej szara już była, a czas spokojnie ruszył w dalszą drogę…

moje nabrały blasku…
fortuna favet fortibus